Top-ads

Technologia Blogger.

RELAX

DIY

Ostatnie wpisy




Dawno nie pisałam o kosmetykach, które używałam przez ostatnie tygodnie i nazbierała mi się niezła kupka. Niektóre z nich są jeszcze na jedno lub dwa zużycia, ale już teraz mogę wyrazić swoją opinie na ich temat. Zapraszam do recenzji.


WŁOSY


1. Szampon do włosów marki Szchwarzkopf, Crystal Shine, do włosów pozbawionych blasku. Wkurzają mnie ci wszyscy marketingowcy, którzy próbują nabijać nas klientów w butelkę i wciskać ciemnotę. Brokat w szamponie niby ma mi zapewnić blask. Jasne. Kupiłam, bo był tani i do włosów przetłuszczających się. Miałam nadzieję, że przedłuży ich świeżość. Tak niestety nie było. Nie podobał mi się też jego męski zapach. Nie polecam. Nie kupię ponownie. 

2. Nawilżający i rozświetlający szampon do włosów marki Kinky Curly Straight, z olejkiem arganowym. Kupiony z ciekawości w fuńciaku. Ma ciekawy, owocowy zapach i dość gęstą konsystencję, prze co jest wydajny. Zdarzało się jednak, kiedy nie używałam suszarki, że włosy były jakby obklejone i przetłuszczone. Może kiedyś kupię. 

3. Szampon Garnier Ultimate Blends do matowych i zmęczonych włosów, o zapachu kwiatu wiśni. Dobrze myje włosy, nie obciążając ich i nadaje ładny blask. Bardzo wydajny, o przyjemnym zapachu. Nie przedłuża świeżości włosów, ale i nie przetłuszcza i nie obciąża. Wciąż jednak z tej serii najlepiej się sprawdził <TEN>. Może kiedyś kupię ponownie. 

4. Męski wzmacniający szampon marki Grarnier Fructis. Ma przyjemny zapach, gęstą konsystencję i dobrze myje włosy. Nie powoduje łupieżu. 


5. Suchy szampon do włosów marki Asda, o zapachu Pina Colady. W okresie wakacyjnym był to bardzo przyjemny zapach, który kojarzył mi się z rajską wyspą, drinkami i słońcem. Działa tak samo jak inne, ale jest tańszy. Nie używam tego typu szamponów często, ale dobrze mieć w łazience jeden. Na pewno kupię ponownie, ale o innym zapachu (może jakimś jesiennym).

6. Odbudowująca mgiełka do włosów z ochroną przeciw wysokim temperaturom, marki John Frieda. Nie przepadam za jej męskim zapachem. Jest nieco irytujący. Nie obciąża włosów i chyba chroni przed ciepłem, bo nie zauważyłam połamanych włosów. Wydajna. Nie jest to może jakiś świetny produkt, ale warto mieć coś tego typu w łazience.

7. Avon Planet Spa, nawilżająca maska do włosów z masłem Shea. Nie lubię produktów tej marki, ale maski tej serii są rewelacyjne. Tę miałam po raz pierwszy i jestem bardzo zadowolona. Używałam jej jako maski i odżywki. Jest bardzo wydajna, bo już odrobina wystarczy, aby rozprowadzić produkt na całej długości włosów. Ma przepiękny budyniowy zapach, który pozostaje na włosach. Nawilża, dodaje im blasku, ale jednocześnie nie obciąża. Bardzo polecam. Na pewno kupię ponownie.


CIAŁO


1. Balsam do kąpieli marki Radox, o zapachu imbiru i masła Shea. Ma przyjemny, jesienny i bardzo ciepły zapach, który otulał moje zmysły i koił je. Nie wiem, czy jest wydajny, bo mam tendencję do wylewania balsamów do wanny w nadmiarze. Bardzo dobrze sprawdzi się na chłodne jesienne i zimowe kąpiele.

2. Nawilżający krem do kąpieli marki Sanex, do skóry bardzo suchej. Miał delikatny zapach, który nie drażnił moich nozdrzy (a często tak mam, że nic co pachnie nie może się wokół mnie znajdować), dość rzadką konsystencję. Nie podrażniał mojej skóry i nie przesuszał jej. Pewnie zdecyduje się na kremy tej marki ponownie.

3. Żel pod prysznic Palmolive Aroma Moments, o zapachu mango, kwiatu Frangipani (Plumeria) i olejkiem z Neroli (gorzkiego kwiatu pomarańczy). Dość ciekawy zapach, słodko- gorzki, który rozchodzi się po całej łazience. Konsystencja jak na żele przystało- średnio gęsta.  Nie podrażnia mojej skóry, ale czasem przesusza i powoduje swędzenie. Mam tak z wieloma żelami, więc trzeba na to przymknąć oko. Pewnie kiedyś kupię ponownie.

4. Żele pod prysznic Original Source o zapachu eukaliptusa oraz wanilii i malin. Oba ładnie pachną i nie podrażniają skóry. Dobrze się pienią, ale nie należą do wydajnych. Polecam również te o zapachu czarnej mięty- bardzo odświeżający i chłodzący oraz lawendowy- kojący i ładny zapach.


5. Kremy do ciała marki Cien, o zapachu brzoskwini i kokosa. Bardzo ładnie pachną, ale na skórze już nie są wyczuwalne. Nie przesuszają i nie podrażniają. Wydajne. Nie wiem czy kupię ponownie, bo lubię czuć krem/ żel na skórze. 

6. Żel pod prysznic o zapachu mandarynki i zielonej herbaty, marki Lavea Poland. Przepiękny, odświeżający zapach, który pozostaje na skórze. Nie przesusza i nie podrażnia skóry. Ma galaretowatą konsystencję i przez to jest bardzo wydajny. Posiada drobne kuleczki zapachowe, które pękają podczas mycia i uwalniają aromat pomarańczy. Bardzo przyjemny produkt. Był prezentem, ale pewnie kiedyś się skuszę. 

TWARZ


1. Nawilżająca maska do twarzy z witaminą E marki Azure. Świetny produkt. Kupiłam trochę w strachu, bo moja skóra jest bardzo kapryśna, ale maska okazała się być bardzo dla niej hojna. W opakowaniu znajdziemy nasączoną maskę/ gazę, którą nakładamy na twarz. To idealne dla mnie rozwiązanie. Nakładam, czekam relaksując się, ściągam, przemywam i kremuję twarz. Idealna dla mnie. Kupiłam już kolejną i jeszcze jedną kolagenową.

2. Maskara Maybelline Colossal Volume 100% black. Nie sądziłam, że kiedyś przyjdzie taki dzień, w którym ten tusz przestanie być moim ulubieńcem wszechczasów i do tego zdradzę go z silikonową szczoteczką. Jego recenzja pojawiała się u mnie na blogu kilka razy. Czemu więc nie jest już najlepsza? Zastąpiła go Maskara Maybelline Lash Sensational. Jest idealna. Pisałam już o niej <TU>, ale dopiero po użyciu Colossal zobaczyłam różnicę. Czy kupię ponownie? Chyba tylko wtedy, jeśli w całym uk zabraknie Sensational.


3. Woda termalna w sprayu Avene. Przynosiła miłe ukojenie spieczonej skórze oraz przesuszonej. Używałam najczęściej rano przed aplikacją kremu. Miałam jednak mały problem z końcówką, która często zamiast rozpylać mgiełkę, przepuszczała zbyt duże krople i produkt lądował na podłodze. Chciałabym przetestować teraz inną, ale pewnie wrócę jeszcze do tej. 

4. Krem tłusty i półtłusty marki Dermosan. Jedyne, jak dotąd, kremy, które nawilżają i natłuszczają moją skórę. Jest ukojona, bez podrażnień i przesuszeń. To już moje n-te opakowania i na pewno do nich wrócę. Teraz niestety nie mam do nich dostępu i muszę poszukać jakiegoś chwilowego zamiennika. Polecacie coś?

5. Nawilżające kapsułki pielęgnacyjne od Rival De Loop. Używałam w momentach, kiedy moja skóra była podrażniona i bardzo przesuszona, a także po wizycie na basenie i peelingu. Szczerze, to jak dla mnie jest to zwykła oliwka, zamknięta w ampułce. Koi i nawilża. Ja niestety mam uczulenie na oliwkę Johnson & Johnson, ale jeżeli Wy nie, to polecam na noc stosować właśnie ją. 


***

   Ostatnio w moim życiu dużo się dzieje. Wakacje minęły mi na poszukiwaniu pracy, dbaniu o gościa, który nas odwiedził i porządkowaniu mojej głowy. Pracę znalazłam, gość pojechał, a myśli powiedzmy, że uporządkowałam. Cieszę się, że przyszła jesień. Zaczyna się robić kolorowo, herbata smakuje jeszcze lepiej, a ciepłe swetry znów mogą otulać nasze ciała.




Mieliście okazję testować któryś z kosmetyków? Jaka jest Wasza o nich opinia? A może coś nowego wpadło w Wasze oko? Dajcie znać w komentarzach.


 Zapraszam Was do wykonania super łatwego i pysznego scrubu/ peelingu do rąk. Robi się go w pięć minut. Ma świetne działanie i wspaniały zapach.


 Lato w pełni, choć u mnie niestety tylko to kalendarzowe i szkolne. W Wielkiej Brytanii pogoda nas w tym roku nie rozpieszcza, choć wierzę, że prawdziwe lato jeszcze do nas zawita. Dawno temu z bratową kupiłyśmy gotowy peeling do rąk (pisałam o nim >TU<) i bardzo przypadł nam do gustu. Później robiłam jego domowe wersje i doszłam do wniosku, że takie są o wiele lepsze w składzie, działaniu i wcale nie robi się je długo.



Składniki:

2-3 łyżki soku z cytryny
ok. 2 łyżki cukru kryształu (brązowy też się nada)
łyżka oleju kokosowego 
starta skórka z cytryny


Olej kokosowy roztapiamy i lekko ostudzony mieszamy z sokiem z cytryny, cukrem i skórką. Gotowe! Teraz możemy dokładnie umyć nim ręce i podziwiać gładkość skóry. Prawda, że proste i szybkie w wykonaniu? 

Scrub wygładza i odżywia skórę. Pobudza krążenie i działa na nasze zmysły. Olej kokosowy nawilża i natłuszcza skórę, a zawarta w cytrynie witamina C to naturalny antyoksydant, który neutralizuje szkodliwe działanie wolnych rodników. Kwas cytrynowy usuwa przebarwienia, a flawonoidy i fitohormony pomagają zachować skórze sprężystość.



Wystarczy użyć niewiele na całe dłonie, dlatego też resztę produktu przełożyłam do szklanego słoiczka i włożyłam do lodówki. Przechowujemy go tak przez tydzień. Nic się nie zmarnuje. Na pewno chętnie będziecie po niego sięgać. 



Drobne rady:

Olej kokosowy można zastąpić migdałowym lub po prostu innym kuchennym.
Zamiast cukru można użyć morskiej soli.
Do peelingu możemy dodać miód, miętę lub limonkę.
Jeżeli peeling wyjdzie zbyt sypki dodajcie oleju lub soku z cytryny i odwrotnie. 




Co myślicie o tym scrubie? Spróbujecie zrobić? Wolicie te domowe czy kupne?

***

ZAPRASZAM RÓWNIEŻ DO WYPRÓBOWANIA INNYCH DOMOWYCH SPECYFIKÓW:










  

Gilmore Girls (Kochane Kłopoty) to mój ukochany serial, który oglądam namiętnie od lat. Dziś chciałabym napisać nieco o tym, dlaczego tak mnie zafascynował i czy po latach wciąż jest na czasie.


Jest to amerykański serial komedio-dramatyczny, który produkowany był w latach 2000- 2007. W siedmiu sezonach śledzimy losy młodej matki i córki, mieszkających w małym miasteczku Stars Hollow. W ich życiu codziennie pojawiają się różne problemy i zmartwienia, nowe miłości i wyzwania. Usłyszymy tu dużo zabawnych, mądrych i zaskakujących anegdot i powiedzonek. Serial jest przyjazny dla widza, bez przemocy (a tej w amerykańskim kinie nie brakuje), uczy tolerancji i akceptacji nawet najdziwniejszych charakterów. 

  Pomysłodawczynią serialu jest Amy Sherman Palladino, która będąc na urlopie w małym miasteczku zafascynowała się tym miejscem, ludźmi i ich życzliwością. Przeniosła wiele pomysłów do serialu i wyszła idealna mieszanka. 



Czym mnie zauroczył serial?

Po pierwsze wspaniałą miłością matki i córki. Jak się dogadują, razem spędzają filmowe wieczory, czytają wzajemnie w myślach i pomagają na każdym kroku. Kiedyś byłam również zauroczona ich garderobą i często zdarzało mi się kupować podobne ubrania (do dziś mam kilka z nich). 

Po drugie miasteczkiem, w którym rozgrywa się akcja. Burmistrz miasta dba o to, by każde święta, obchody i inne festyny odbywały się co roku i były najlepsze. W Polsce, w moim mieście  odwiedzałam różne wystawy, festyny i świąteczne stragany. Była to również moja i mojej mamy tradycja. Tak więc w serialu uwielbiam oglądać przystrojone ulice, pomysły na turnieje i inne zbiórki charytatywne.  W takim miejscu chciałabym mieszkać ( po części miasteczko, w którym mieszkam bardzo przypomina to filmowe. Jest tu nawet okrągłe gazebo-altana podobna do tego z serialu. Dla ciekawych- zdjęcie na moim instagramie). 

Kolejną rzeczą, która poniekąd szlifowała mój charakter, jest postać córki głównej bohaterki. Rory, bo tak ma na imię, to dorastająca uczennica, która zmaga się z typowymi problemami nastolatki. Zmienia szkołę i jest to początkowo ciężki dla niej czas, poznaje swoją pierwszą miłość, ma najlepszą przyjaciółkę, z którą dzieli się tajemnicami. To zwykła na pozór nastolatka, jednak jej postać pokazuje, że nie trzeba być takim jak inni. Nie trzeba upodabniać się do tych, którzy są na topie. Można być indywidualnością i wciąż wartościowym człowiekiem (a to często problemy nastolatek). Drugą ulubioną postacią jest jej mama- Lorelai, przebojowa, pomocna i mająca zawsze coś do powiedzenia. Wspaniała postać.

Na koniec dlatego, że nie ma tam przemocy, zabijania, bicia i znęcania się (jak wspomniałam wyżej, w amerykańskich filmach tego pełno). Jest wesoło i lekko. Serial rozbudza moją wyobraźnie i ambicje. Pokazuje, że warto marzyć i dążyć do celu, choć droga często bywa wyboista.


***


Po kilku sezonach serial zrobił ogromną furorę i wydawcy filmowi niestety narzucili Amy swoje "lepsze" pomysły na to, jak dalsze części mają wyglądać. Widać tam niestety ten wpływ i różnicę, która nie do końca mi odpowiadała. Nie zraziło mnie to jednak do zaprzestania oglądania. Serial jest ponadczasowy. Wiele porad, przysłów i powiedzonek wciąż mogą być przydatne. Podobnie jak nauka tolerancji, celebrowania małych rzeczy i szacunku do innych. W czasach internetu, komputerowych gier i filmów z dużą dawką przemocy serial jest jak plaster na ranę. 


Jeżeli jednak nie mieliście okazji oglądać tego serialu, to gorąco Was zapraszam do spróbowania. Jestem pewna, że miłośnikom lekkich komedii przypadnie od do gustu. Ja wciąż do niego wracam, zwłaszcza, kiedy za oknem plucha i zimno lub kiedy jest mi smutno. Te dwie kobiety zawsze mnie rozbawią i zmotywują do działania.




Znacie ten serial? Kto jest Waszym ulubionym bohaterem/ką? Dajcie znać w komentarzach.







  Każdy z nas chyba choć raz zapakował do walizki niepotrzebną rzecz, którą musieliśmy ze sobą targać przez cały urlop. Ja niestety w najbliższym czasie nie będę miała wakacyjnego wypoczynku, ale może Wam przyda się kilka porad przed wyjazdem. Do napisania tego postu skłoniły mnie moje koleżanki, które rozmawiając o wyjeździe i o tym, co ze sobą biorą, przyprawiły mnie o ból głowy. Od lat podróżuję, czy to z rodziną, partnerem lub znajomymi. Wyjazdy do hoteli, pod namiot lub wynajęte prywatne kwatery. Niejednokrotnie zabieraliśmy coś niepotrzebnego, a to, co niezbędne czasem zostawało w domu.





1. PAKUJEMY SIĘ NA OSTATNIĄ CHWILĘ

Kiedyś śmiałam się z tego, że moja babcia na dwa tygodnie przed urlopem planuje już pakowanie. Było to dla mnie dziwne do momentu, kiedy na którymś z naszych wyjazdów zauważyłam, że babcia i dziadziuś mają zawsze idealnie dobrane zestawy ubrań, odpowiednią ilość kosmetyków i nie wypchaną walizkę. My natomiast przeładowaną, z masą niepotrzebnych ubrań i zbyt wieloma kosmetykami.

Zaplanuj więc wcześniej niezbędnik, który pomoże Ci określić co zabrać. W sieci jest dużo aplikacji na telefon oraz list rzeczy do wydrukowania. W ten sposób nie zapomnisz o niczym i będziesz mieć czas na wypranie i skompletowanie wszystkiego, a także na wykreślenie niepotrzebnych rzeczy. Ja po powrocie z urlopu zapisuję w swoim notatniku co było niezbędne, a co w ogóle się nam nie przydało. Po czasie można o tych rzeczach zapomnieć, a mając je zapisane na pewno się nie zgubią.


2. NIE KOMPLETUJEMY ZESTAWÓW

Ten błąd popełniałam wielokrotnie w przeszłości. Robiłam niby listę ile zabrać bluzek, sukienek itp., ale nigdy nie kompletowałam ich w gotowe zestawy. Na miejscu okazywało się, że mam np. dużo ładnych i wzorzystych bluzek, ale nie da się ich zestawić ze spódnicami, bo te też miały nadruki i nie były w jednolitym kolorze. Ważną sprawą jest określenie miejsca, do którego się jedzie. W górach pewnie przydadzą się bardziej sportowe zestawy, nad morzem zaś lekkie i zwiewne, itd.

Warto poświęcić naszej wakacyjnej garderobie nieco więcej czasu i postarać się, by zestawy były spójne i można je było ze sobą różnie mieszać. Przy pakowaniu ubrań warto zastanowić się, czy będziemy je prać na miejscu. Kolejnym dobrym pomysłem jest zrobienie zdjęć gotowych zestawień. Rozkładamy na łóżku lub podłodze ubrania, buty, dodatki i fotografujemy. To sprawdzony i świetny sposób na rozwiązanie odwiecznego problemu większości kobiet, ale i wielu mężczyzn.


3. ZABIERAMY ZBYT WIELE KOSMETYKÓW

Na urlopie odpoczywa nasz umysł i ciało. Warto więc zastanowić się i przejrzeć kilkakrotnie zawartość naszej kosmetyczki. Może tydzień bez makijażu nie sprawi, że zapadniemy się pod ziemię, a krem do rąk i stóp można by zastąpić balsamem do ciała. Czasami w hotelach i apartamentach dostajemy żel pod prysznic lub mydło. O ile nie przeszkadza Wam ich używanie, to możecie pominąć ich kupowanie. 

W wielu sklepach możecie kupić małe podróżne opakowania, do których wystarczy przelać dany kosmetyk. Jeżeli nie możecie się obejść bez malowania paznokci, to zamiast targać ze sobą butlę zmywacza, zastąpcie ją płatkami nim nasączone. Mini produkty lub ich próbki też są świetnym rozwiązaniem.



4. NIE SPRAWDZAMY WCZEŚNIEJ WYPOSAŻENIA HOTELU/ CAMPINGU/ DOMKU

 Kiedyś było trudniej sprawdzić takie rzeczy, ale w czasach nowoczesnej technologii jest to bardzo łatwe. Wystarczy zadzwonić, wysłać maila lub sprawdzić na stronie hotelu/ campingu. Suszarka i prostownica do włosów (są niepotrzebne w ciepłym klimacie, bo włosy szybko schną i mogą choć na kilka dni odpocząć), żelazko, grzałka do wody, szklanki, ręczniki, itd. to zbędne przedmioty, jeżeli są na miejscu. Po co dźwigać kolejne kilogramy, jeśli wystarczy chwila na sprawdzenie. 

Jeżeli na urlop wybieramy się z rodziną lub znajomymi, to warto dogadać się między sobą co zabrać. Po co dublować rzeczy, którymi spokojnie możecie wszyscy się podzielić. Zaoszczędzicie miejsce w walizce/ plecaku. 


5. NIE SPRAWDZAMY CEN W DANYM MIEJSCU

Często jest tak, że kupujemy rzeczy, które po przyjeździe na miejsce okazują się być w tej samej cenie lub nawet odrobinę tańsze. Niezależnie, czy jedziemy zagranicę, czy jest to urlop w Polsce, w danym miejscu lub okolicy znajdziemy sklepy. Oczywiście te dla turystów narzucają dużą marżę, ale czasem wystarczy odejść trochę dalej i już jest taniej. Moja babcia i mama właśnie mnie tego nauczyły. Obojętne gdzie wyjeżdżaliśmy, zawsze szukaliśmy w okolicy lokalnych sklepów i się w ten sposób zaopatrywaliśmy. Taki spacer, choć często długi, pozwalał przy okazji na zwiedzanie i obserwację życia codziennego lokalnych mieszkańców. 

Kolejnym plusem sprawdzenia cen jest fakt, że łatwiej będzie nam zaplanować kwotę, jaką ze sobą zabierzemy. Wraz z moim partnerem, na długo przez wyjazdem szukamy różnych lokalnych atrakcji, miejsc do odwiedzenia, koszt wynajmu samochodu, rejsu statkiem, obiadu w restauracji, wody, itd. To pozwala nam na szybki przypuszczalny bilans wydatków. 


6. NIE WAŻYMY WALIZEK

To tak bardzo oczywiste i powszechnie wiadome, że podczas lotu samolotem mamy ograniczoną wagę bagażu. Zastanawiam się za każdym razem na lotnisku dlaczego tyle osób nie potrafi się do tego dostosować?! Taka odprawa zamiast iść szybko i sprawnie, ciągnie się w nieskończoność, bo co drugi pasażer musi przepakować walizkę. W sieci lub po prostu w sklepach można tanio kupić wagę. Tych, którzy twierdzą, że nie ma na nie miejsca informuję, że jest coś takiego jak podręczna waga bagażowa. Mała, tania i wszędzie się zmieści. 

Jeżeli podróżujemy autem, autobusem lub pociągiem, to również warto na to zwrócić uwagę. Przeładowane auto więcej spali, a plecak, który będziemy nosić wgniecie nas w ziemię. Tu zaznaczam jak ważne są informacje z pkt. 2,3 i 4. 


7. UKŁADAMY ZAMIAST ROLOWAĆ

Przed wyjazdem pierzemy, prasujemy ubrania, po czym ładnie składamy do walizki. Docieramy do celu i rozpakowujemy rzeczy. Co się okazuje? Wszystko jest wymieszane jak w pralce po wirowaniu, ubrania pogięte, a kable od ładowarki poplątane z paskami i łańcuszkami. I po co tyle wysiłku, skoro na nowo trzeba prasować?  Polecam Wam rolować ubrania, ale tak zgrabnie i uważając na to, by ich nie pomiąć. 

Taki sposób nie tylko zaoszczędzi naszą pracę przy prasowaniu, ale także miejsce w walizce. Po za tym, często w trakcie podróży coś musimy wyciągnąć z torby i wtedy nerwowo przeszukujemy jej zawartość. Efektem jest wielki w niej chaos i nieład. 


***


  Niezależnie od tego gdzie wybieramy się na urlop powinniśmy określić pewne warunki. Przede wszystkim, czy to, co zabieramy jest praktyczne, minimalistyczne i wielofunkcyjne zarazem. Uważam, ze klasyka zawsze jest w modzie i się sprawdzi się w różnych sytuacjach i miejscach. 






Znajdziecie tam ponad pięćdziesiąt praktycznych porad jak nie zwariować przed i w czasie podróży. Zapraszam serdecznie do przeczytania.




Ile razy Wam zdarzyło się zabrać coś niepotrzebnego? Co sądzicie o tych błędach? Może dorzucilibyście jeszcze coś od siebie? Dajcie znać w komentarzach.





  W naszej rodzinie od lat mamy kilka obowiązkowych wypieków, które są sprawdzone i chyba wszystkim smakują. Jest to na pewno tort orzechowy, sernik, makowiec i kilka innych pysznych ciast. Wśród tych smakołyków znajdują się też ciasteczka kokosowe, które robi się ekspresowo, a znikają jeszcze szybciej.


Składniki:

3 białka
25 dkg cukru kryształu
25 dkg wiórek kokosowych
1 opakowanie cukru waniliowego
szczypta soli
opłatki ( lub andrut pokrojony na kawałki)


***

Białka ze szczyptą soli ubijamy na sztywną pianę. Po czasie, gdy piana jest już sztywna, dodajemy cukier i chwilę ubijamy. Na koniec dodajemy wiórki kokosowe i delikatnie mieszamy. 

Nagrzewamy piekarnik do temp. 200- 210°C.





Na suchą blachę wykładamy opłatki lub andruty. Małą łyżeczką nakładamy na nie masę. Wkładamy do piekarnika i pieczemy na złoty kolor. Po wyjęciu z piekarnika musimy odczekać, aż kokosanki ostygną i staną się chrupkie. 


Drobne uwagi:

  • Masę na opłatki/ andruty nakładamy tak, aby krawędzie zostały odsłonięte. Masa rozlewa się na boki podczas pieczenia. 
  • Ciastka pieczemy na złoty kolor. Czym dłużej będą w piekarniku, tym bardziej staną się suche i będą smakować jak trociny.
  • Na górę można położyć kawałek orzeszka włoskiego lub do masy dodać płatki migdałów.



Uwielbiam te ciasteczka. Robi się je szybko, a stanowią idealny dodatek do popołudniowej kawy/ herbaty. U mnie w domu obowiązkowo królują na Święta Bożego Narodzenia, ale również w okresie wakacyjnym, kiedy nie ma się ochoty na ciężkie ciasta.




Co sądzicie o tych kokosankach? Zachęciłam Was do wypróbowania przepisu? Dajcie znać.


Witajcie. Dawno nie było na blogu recenzji kosmetyków, a uzbierałam ich trochę. Dziś więc zapraszam do poczytania o tym, co się u mnie sprawdziło, a co nie oraz który produkt okazał się być bublem. Może mieliście okazję któregoś używać?




CIAŁO


1. Odżywczy krem pod prysznic Dove Winter Care. Ciepły i otulający zapach sprawił, że z przyjemnością używałam go w zimie. Zużyłam dwa opakowania i chętnie wrócę do niego kolejnym razem. W tej serii pojawił się też balsam do ciała, ale dopiero dziś go wypatrzyłam. Produkt nie wysuszał mojej skóry, dobrze się pienił. W łazience unosił się piękny zapach, więc kiedy chciałam się zrelaksować pod prysznicem, to ten produkt był idealny.

2. Odbudowujący krem pod prysznic Dove, z ekstraktem z niebieskiej figi i kwiatu pomarańczy. Bardzo orzeźwiający i wiosenny zapach. Miła aromatoterapia pod prysznicem. Nie podrażnił mojej skóry, nie wysuszył, ale nie zrobił też nic spektakularnego. To zwykły krem myjący, który dobrze się pieni.

3. Odżywczy i odprężający krem pod prysznic Dove, z wyciągiem z migdałów i i kwiatu hibiskusa. Kolejny zwykły produkt do mycia, który nie robi nic spektakularnego po za myciem skóry. Nie podrażnił jej jednak, ani nie wysuszył. Duży plus za zapach. Tu również okazał się być bardzo przyjemnym i faktycznie odprężającym. Migdałowy, lekko słodkawy, idealny pod prysznic jeżeli potrzebujecie wyciszenia i ukojenia zmysłów.



* Nie są to produkty sponsorowane. Tak się złożyło, że są ostatnio w promocji i chętnie je kupuję i testuję. Mają przyjemne zapachy, dobrze się pienią i nie podrażniają mojej skóry. 





WŁOSY


1. Garnier Ultimate Blends, szampon wzmacniający i odżywczy do włosów kruchych, podatnych na złamania. Uwielbiam produkty o zapachu miodu. Bardzo przyjemnie się ich używa. Szampon dobrze się pieni, myje nawet mocno przetłuszczone włosy. Nie przedłuża ich świeżości i niestety nie wzmacnia. W sumie to jest taki zwyczajny, bez szału, mało wydajny. Chyba lepszy w działaniu był ten, o którym pisałam >TU<.

2. Garnier Ultimate Blends, szampon rewitalizujący i zwiększający sprężystość, o zapachu cytryny i zielonej herbaty. Po przeczytaniu opisu kupiłam go bez wąchania. Niestety to był błąd. Myślałam, że to połączenie będzie idealne, ale zapach przypominał do złudzenia środki myjące. Miałam wrażenie, że myję włosy płynem do mycia naczyń. Włosy nie były sprężyste i czasem zdarzało się, że niedomyte. Nie kupię go na pewno ponownie. Nie byłam z niego w ogóle zadowolona. Jedyny plus, to wydajność.




1. L'oreal, pogrubiająca odżywka do włosów. Sama nazwa jest już tak głupia, że powinna mnie odstraszyć od zakupu. Niestety nie udało się. Po kilku użyciach musiałam ją odstawić. Nakładałam ją na końcówki włosów. Były one dziwnie napuszone i bardzo, ale to bardzo się plątały. Moje włosy nie są takie normalnie. Nie mam problemu z kołtunami, jednak po tej odżywce takie się stawały. Wielki bubel. Plus za przyjemny zapach. 

2. Nabłyszczający szampon L'oreal z proteinami z perły (już widzę te tony pereł kruszonych do butelki)Nie byłam z niego zadowolona. Mył co prawda włosy i dobrze się pienił, ale szybko się przetłuszczały. Specjalnego nabłyszczenia też nie zauważyłam. Nijaki produkt. Nie kupię ponownie. 

3. Nabłyszczający szampon L'oreal z proteinami z perły, z dodatkiem brokatu. Przeznaczony do włosów normalnych i matowych. Pienił się tak sobie, mył włosy, ale szybko się przetłuszczały. Nie nabłyszczał, brokat się wypłukiwał. Niestety i ten produkt okazał się być nijaki. Nie kupię ponownie. 



* Nie są to produkty sponsorowane. Były w promocji i zdecydowałam się je przetestować. Niestety okazały się być słabe. 





TWARZ


1.Serum pod oczy dr.organic, z olejkiem arganowym. Bardzo dobry produkt, który używam od dawna. Bardzo wydajny, delikatny. Pełna recenzja >TU<.

2. Nawilżająca pomadka do ust Nivea. Łagodzi spierzchnięte usta, ale niestety trzeba ją często aplikować by efekt się utrzymywał. Lekka konsystencja, która sprawia, że aplikacja jest łatwa i przyjemna. Zimna nie daje wrażenia rozcierania smalcu na ustach. Dobry produkt.

3. Dermosan krem półtłusty i tłusty. Uwielbiam. Kolejne zużyte opakowanie i wciąż dobrze działa. Nawilża i łagodzi suchą skórę. Warty wypróbowania. Do zdjęć zapomniałam dodać wersję tłustą, którą też zużyłam. Oba produkty bardzo dobre. Polecam. Pisałam o nim >TU<.




OCZY


1. Maskara Maybelline Colossal Go  Extreme! Volum' Express, Leather Black. Miałam wersję żółtą (post >TU<), więc skusiłam się na tę. Tu również natrafiłam na wielką miotłę do rzęs. Tusz był w miarę fajny, ale wersja żółta była lepsza. Efekt 'skórzanej czerni' kolejny raz okazał się być nieudany.

2. Maskara Maybelline Lash Sensational. Zobaczyłam ją w sklepie i skusiłam się, bo produkty tej marki zazwyczaj się u mnie sprawdzają. Na początku nieco się wkurzyłam, bo szczoteczka okazała się być silikonowa. Wyjątkowo jednak, przez wydłużone włoski z jednej strony, rzęsy były rozczesane i wydłużone. Produkt się nie osypywał i nie podrażnił moich rzęs i powiek. Miłe zaskoczenie.



***

W ostatnich tygodniach pojawiło się u mnie kilka nowości i zaraz tylko jak się skończą przyjdę z recenzją. Przede mną ostatnie zaliczenie w college'u i zaczynam wakacje. W końcu pogoda w Szkocji dopisuje i ciesze się każdym dniem spędzonym na łonie natury. Nie mogę uwierzyć, że już za kilka dni minie połowa roku.

P.S. Od niedawna mam nowy aparat i wciąż uczę się go obsługiwać, dlatego wybaczcie nieostre i przekoloryzowane zdjęcia. kiedyś chyba dojdę do wprawy. 



Jestem bardzo ciekawa, czy mieliście okazję testować któryś z tych produktów? Jakie były wasze wrażenia? Czy któryś produkt szczególnie Wam przypadł do gustu? Dajcie znać.




2 Maja to Dzień Flagi, ale również Dzień Polonii i Polaków za Granicą. Naszły mnie różne myśli i refleksje z tego powodu. Poniżej więc znajdziecie  moje subiektywne odczucia i przemyślenia.


W Polsce mieszkałam w pięknym mieście, które oferuje mnóstwo atrakcji. Miałam pełno zielonych miejsc do odwiedzania, dużo znajomych i zaczęłam studia. Wszystko szło po mojej myśli i według planu, który już dawno temu ułożyłam sobie w głowie. Coś jednak się zmieniło i z różnych powodów zdecydowałam się na wyjazd za granicę. Minęło prawie siedem lat i wydaje mi się, że mogę coś o tym napisać i dać kilka rad osobom, które zastanawiają się nad wyjazdem.



  Ja nie miałam nikogo, kto powiedziałby mi kilka cennych uwag i pozwolił spojrzeć na to wszystko z innej perspektywy. Prawda jest taka, że wielu naszych rodaków przyjeżdża na urlop do kraju i ubarwia historie o swoim życiu na obczyźnie. Wielu się potem na to nabiera i po wyjeździe bywa ciężko.





1. NOWY START- REWOLUCJA

  Czasami los kładzie nam kłody pod nogi i nie jest lekko. Mamy dość miejsca, w którym mieszkamy, pracy, szefa i współpracowników. Otoczenie staje się toksyczne i koniecznie chcemy zacząć życie od nowa. Wyjazd oferuje nowy start. Nikt nas nie zna, podobnie jak  naszej historii. Będąc już w nowym miejscu mobilizujemy się do działania i planujemy na nowo naszą przyszłość. Nie ma jednak pewności, czy i tam nie napotkamy na podobne środowisko lub problemy, z którymi borykaliśmy się w kraju. Nowym miejscem może być inne miasto. Niekoniecznie trzeba opuszczać kraj, by znaleźć lepszą pracę i znajomych. Większe miasto- więcej możliwości. Po za tym, ucieczka od problemów nie jest rozwiązaniem. Trzeba się z nimi uporać.


2. JĘZYK

  Nieodłącznym elementem mieszkania zagranicą jest styczność z językiem obcym, który szkolimy każdego dnia. Jedynym warunkiem jest CHĘĆ uczenia się go. Tu nie ma wymówek, że trudno, że się nie ma do tego głowy. Ciężka praca i systematyczność, a także otwartość pozwoli na doszlifowanie lub naukę od podstaw. Uczyłam się przeszło dziesięć lat języka angielskiego. Byłam bardzo dobra w pisaniu i rozumieniu, ale tak naprawdę codzienny z nim kontakt po wyjeździe pomógł w płynnym pisaniu i mówieniu. Już po kilku latach w Szkocji widziałam o wiele większą różnicę, niż po tylu latach w szkole. Kontakt z żywym językiem na co dzień jest ogromnym plusem. Znam niestety i takich, którzy odcinają się od obcokrajowców i obracają w środowisku Polaków, jedzą głównie Polskie jedzenie, oglądają tylko Polską telewizję i korzystają z usług Polaków. Nie ma szans na postęp w języku, nie mówiąc już o tym ile tracą nie poznając innych kultur i nie asymilując się z lokalnymi mieszkańcami.


3. DOŚWIADCZENIA I SAMODZIELNOŚĆ

Wyjazd do obcego kraju szybko przyspiesza nasze mentalne dojrzewanie i świadomość obowiązków, jakie na nas spoczywają. Ja uczyłam się od podstaw m.in. jak prowadzić dom, jak działa system w UK. Urząd miasta, przychodnia, szpital, kupno auta czy domu, ubezpieczenia, bank, telefony alarmowe, pozwolenie na pracę, rozliczenie podatkowe, prawo pracy, ogólne prawa, itd. W głowie wielki chaos i strach. Na szczęście internet i  lokalni mieszkańcy pomogli mi w zmaganiu się z tymi sprawami. Teraz mam wszystko w jednym palcu i z perspektywy czasu te rzeczy wydają się być błahe.


"Samodzielności nie zdobywa się wraz z pełnoletnością"
                                                                               Aneta Michalska


  Niestety nie mogłam zbytnio liczyć na naszych rodaków. Moje doświadczenia z nimi były dość przykre. Wielokrotnie ktoś mnie oszukał, wyłudził pieniądze za pomoc lub wykorzystywał moją dobroć dla własnych korzyści. Usamodzielniłam się i nie prosiłam o pomoc (tylko w ostateczności i to tylko lokalnych mieszkańców). Jeżeli więc planujesz wyjazd, to proszę bądź tego świadom, że na początku droga jest pod górkę i trzeba być wytrwałym i się nie poddawać.


4. LEKCJA ŻYCIA I PRZYGODA

Wszystkie doświadczenia, o których pisałam powyżej, a także mnóstwo innych, to życiowa nauka. To próby, na jakie wystawia nas los. Musimy być silni i iść do przodu. Moja lista życiowych prób czy lekcji jest bardzo długa, ale dziś jestem mądrzejsza i bogatsza o nowe doświadczenia. Nie było lekko, ale tak jak pisałam wcześniej, nie możecie się poddawać.

Dla mnie jakikolwiek wyjazd do innego miasta czy kraju wiąże się ze zwiedzaniem. Tu gdzie mieszkam- w Szkocji- jest pełno wspaniałych miejsc do odwiedzenia. Jeśli tylko jest pogoda, to wsiadamy do samochodu i jedziemy przed siebie. Odkrywamy nowe miejsca, poznajemy nowych ludzi i kosztujemy lokalnej kuchni. Odwiedzasz nowy kraj?- koniecznie zwiedź okolicę.


5. NAUKA, KURSY I SZKOLENIA

Mam za sobą kilka kursów i obecnie uczę się w college'u. Jestem ogromnie szczęśliwa, że zdecydowałam się na ten krok. Wiedzy, którą zdobyłam i wciąż zdobywam nikt mi nie odbierze. Mam też nadzieję, że w przyszłości pomoże mi w znalezieniu lepszej pracy lub nawet na jakiś awans. W krajach UE znajdują się tzn. biura karier, gdzie można się poradzić i uzyskać pomoc w doborze odpowiedniego kursu. Warto więc dowiedzieć się, co dany kraj może nam w tym zakresie zaoferować.


6. DYLEMAT POWROTU

Teoretycznie każdy imigrant może spakować swoje manatki, kupić bilet i wrócić na stałe do kraju. Teoretycznie. Niestety w praktyce nie jest to już tak łatwe. Po kilku latach spędzonych na emigracji mamy coraz więcej zobowiązań. Podpisane kontrakty, wynajęte mieszkania na długi okres czasu, kredyty do spłaty, dzieci, które uczęszczają do szkoły, itd. Kolejna sprawa, to wypad z obiegu. Młodsze pokolenie zastępuje nasze miejsca, na rynku pracy już nie jesteśmy tacy wartościowi, nasz pokój jest zajęty lub posiadamy już rodzinę i musielibyśmy wynająć mieszkanie. Kolejnym dylematem jest fakt, że zakorzeniliśmy się w danym miejscu/ kraju i wizja powrotu oraz ponownej asymilacji spędza nam sen z powiek. Przystosowanie się do nowych, społecznych norm życia może być trudne, gdyż nasza Polska mentalność jest dość konserwatywna. Na szczęście to się zmienia. Bądźcie świadomi powagi decyzji o wyjeździe.


7. PRÓBA DLA ZWIĄZKU

Przez te wszystkie lata widziałam mnóstwo rozsypujących się związków. Pary z różnych powodów rozstawały się i kłóciły o błahe rzeczy. Niestety nie wszyscy odnajdują się w nowym otoczeniu i sytuacji. Bardzo często nasi rodacy wykonują pracę poniżej swoich kwalifikacji. Do tego dochodzą inne problemy wyżej i niżej wymienione, i mamy przepis na kryzys, a czasem nawet i depresję. W głowie pojawiają się pytania czy wato, co robić dalej. Bez wątpienia, prędzej czy później po wyjeździe każdy z nas zmierza się z tym dylematem. Niezależnie, czy jest się daleko od rodzimego kraju, czy blisko żaden związek nie jest idealny i zawsze trzeba go pielęgnować.


8. TĘSKNOTA

Rzeczy materialne, dobra praca i płaca nigdy nie zastąpią nam rodziny. To cenny klejnot, którego strata boli. Tęsknota to najgorszy wróg. Czai się za rogiem by wyjść w nieoczekiwanym momencie i uderzyć z wielkim impetem. Na początku jest bardzo ciężko, z czasem uczucie trochę przygasa, ale nigdy nie minie. Mam dni, kiedy serce mi krwawi. Rzuciłabym wtedy wszystko, wsiadła do samolotu i poleciała do Polski. Tam czym prędzej pognała do domu rodzinnego i przytuliła do mamy. Mam żal do siebie, że nie mogę widywać rodziny tak często, jakbym tego chciała. Bądź gotów na wiele przepłakanych i nieprzespanych nocy.


***



W życiu codziennie podejmujemy decyzje. Niezależnie od tego, czy są łatwe, czy bardzo trudne, musimy zawsze  mieć na uwadze swoje dobro. Cokolwiek zdecydujesz, upewnij się, że to Cię uszczęśliwi. Pamiętaj dlaczego to robisz i nie poddawaj się. Idź twardo przez trudne chwile, by dostać najlepsze.

"Jeśli robisz to co zawsze, dostajesz to, co zawsze."

Przede wszystkim pamiętaj, aby podjąć decyzję samodzielnie, bez wpływu osób trzecich. Pomyśl co możesz stracić, a co zyskać i co będzie najlepsze dla Ciebie. Ja wyjechałam w dość młodym wieku i czasami zastanawiam się co by było, gdybym tam została. Takie myśli zaprzątają głowę i nie pozwalają żyć teraźniejszością.


Czy więc warto wyjechać za granicę? Nie mam dla Was jednej odpowiedzi. To indywidualna sprawa i decyzja. Każdy szuka czegoś innego w życiu i warto sobie zadać pytanie 'czego' zanim zdecydujemy się na wielką zmianę. Ja staram się korzystać z wszystkich możliwości, jakie napotykam na swojej drodze. Myślę pozytywnie i ciesze się każdym dniem. W trudnych chwilach mogę liczyć na pomoc partnera i bliskich (od czego jest Skype i tanie rozmowy telefoniczne). Staram się dostrzegać pozytywy, zalety i piękno kraju, w którym mieszkam. To bardziej budujące i rozwojowe, niż samodestrukcyjne, negatywne myślenie.





Jestem bardzo ciekawa Waszej opinii na ten temat. Może ktoś z Was dodałby coś do tej listy? Koniecznie napiszcie Wasze odczucia i opinię. Będzie mi bardzo miło je czytać. 






  Sałatka zrobiona, jajka w sosie tatarskim również. U mnie co roku na stole króluje żurek, więc i jego nie zabrakło. Jestem bardzo ciekawa jakie potrawy znajdą się u Was już jutro. Dajcie znać.

                             


Życzę Wam zdrowych i spokojnych Świąt Wielkanocnych, spędzonych w gronie rodziny i bliskich. W poniedziałek niech nie zabraknie wody.

My w tym roku Wielkanoc spędzamy sami w domu, ale na pewno wybierzemy się na jakąś wycieczkę i spacer. Jeżeli będzie deszczowo, to pewnie padnie na muzeum w Glasgow, które bardzo lubimy.



Jakie są Wasze plany Wielkanocne? Jakie potrawy będą królowały? Żurek, czy barszcz biały?




  Po długim wyczekiwaniu doczekałam się mojej ulubienicy- Pani Wiosny. Niestety szybko przyszła i zniknęła gdzieś. Jak na razie Pani Zima jeszcze o sobie przypomina, ale ja wiem, że to nie potrwa długo. Już nie mogę doczekać się spacerów i jazdy na rowerze, i choć już miałam okazję na niego wsiąść i wybrać się na długą przejażdżkę, to niestety w ostatnich dniach w Szkocji pogoda szaleje. W Polsce jednak też szału nie ma.



  Lubie stroić dom na wiosnę i Wielkanoc. Co roku dokupuję nowe gadżety i akcesoria. Czuje, że dom staje się taki radosny. Pierwszą rzeczą, która zdobi mój stolik w salonie lub drzwi wejściowe jest wianek z kwiatów. Kupiony dawno temu w sklepie Tiger. Niedawno odwiedziłam go i ponownie mają te wianki w sprzedaży, więc jeżeli Wam się spodobał, to polecam zajrzeć do tego ciekawego miejsca. Na pewno znajdziecie tam coś dla siebie. 



Uwielbiam pić herbatę. Najczęściej jest to zielona liściasta. Mam w domu różne czajniczki, kawiarki, zaparzacze, ale czasem chcę po prostu zrobić sobie tylko jedną filiżankę herbaty i wtedy idealnie sprawdza się sitko, które zawieszamy na krawędzi kubka czy szklanki. Kupione w Ikei, w dwupaku. Jeden podarowałam babci, która również jest herbaciarą. 

Kiedy herbata już nam się zaparzy, to gdzieś trzeba odłożyć sitko i łyżeczkę. Bardzo spodobała mi się podstawka, która do tego służy. Prosta i biała. Miała rzecz, a cieszy.



Mam dużo kuchennych ściereczek i ręczników, bo niestety mój partner wszystko nimi wyciera i szybko się brudzą. Będąc w Asdzie wpadł mi w oko ten ręcznik, który jest przepięknie wyszyty kwiatami, na końcu zdobiony haftowaną falbanką. Z tej serii możecie kupić pojemnik na miód, wazon i wiele, wiele innych pięknych ozdób do domu. 


  Wielkanoc chyba wszystkim kojarzy się z jajkami. Ja bardzo lubię ciepłe niedzielne śniadania i właśnie takiego gadżetu potrzebowaliśmy w kuchni. Pojemniki na jajka zostały kupione w Ikei, a jajko do gotowania, które wskazuję ścięcie żółtka można dostać w wielu sklepach. Uwielbiam ten wynalazek! Znacie go? Używacie?


Czasem podczas przygotowywania śniadania i zanoszenia wszystkiego na stół ciepłe posiłki szybko stygną. Tak jest też z gotowanymi jajkami. Nie lubię jeść zimnych, dlatego te kurczakowe ubranka wpadły mi od razu w oko. Wahałam się pomiędzy króliczkami, ale ostatecznie padło na właścicielki jajek. Ubranka pochodzą ze sklepu Tiger.  


U mnie zapowiada się długi weekend, dlatego, że w Wielkiej Brytanii mamy wolny piątek i poniedziałek. Mam nadzieję, że choć jeden dzień będzie ciepły i słoneczny, a wtedy na pewno wyruszę na rower. Póki co mam nawał nauki i egzaminów. Skupiłam się na nauce i wróciłam do pracy, więc czasu mi brak na wpisy. Na szczęście dzień jest coraz dłuższy i mam nadzieję, że jakoś się ogarnę i wyburzę z zimowego snu. 




Jak wasze przygotowania do Wielkanocy? Lubicie takie gadżety? Znacie sklep Tiger?






  Witam kochani. W Szkocji nie ma już śladu po śniegu, ale wciąż jest zimno. Moja rodzinka wysyła mi zdjęcia z śnieżnej krainy- Polski i wydaje mi się, że dzisiejsza propozycja może przypaść Wam do gustu. Jest to również świetny sposób na poprawienie sobie nastroju przed Walentynkową randką. 



  W mojej lodówce miałam kawałek mango i różowego melona. Postanowiłam więc zrobić scrub. Nie lubię takich czasochłonnych, a te, które robi się w kwadrans. Starłam więc na małych oczkach pół mango i dwa długie, grubsze paski melona. Najlepiej użyć takich już dojrzałych i soczystych.


Można odsączyć zbyt dużą ilość soku, następnie dodajemy łyżkę lub trochę więcej oleju kokosowego, który uprzednio roztapiamy.  Kolejny składnik to cukier- najlepiej brązowy nierafinowany. Ja użyłam białego i niestety musiałam dosypać go dość dużo, bo ponad pół szklanki. Na koniec opcjonalnie można dodać soku z połowy pomarańczy. Zapach takiej mieszanki jest wspaniały. Konsystencja ma być dość zbita, więc jeżeli wyjdzie Wam rzadka dodajcie cukru. Taki scrub robi się w niecały kwadrans, więc nie spędzamy w kuchni zbyt wiele czasu. W czasie kiedy napuszczamy wody do wanny, zdążymy go zrobić. 



Kiedy na zewnątrz zimno i plucha taki scrub może poprawić nam nastrój, a już na pewno zrobi to jego zapach. Trochę tropików w środku zimy. Myślę, że nasz partner również ucieszyłby się z tego zapachu. Szczególnie jutro. 





Co sądzicie o domowych scrubach? Lubicie je robić samemu? Może jest jeszcze coś, co chętnie dorzucilibyście jeszcze do niego? Dajcie znać.







  Witajcie. Już niebawem Święto Zakochanych. Osobiście nie robię w tym dniu nic szczególnego i jest to dla mnie dzień jak co dzień. Wiem jednak, że dużo z Was lubi Walentynki i związane z nimi drobne upominki. W zeszłym roku zaproponowałam Wam serducha z przesłaniem w słoiku i bardzo się niektórym spodobały. 





























Jeżeli więc wciąż macie czas i ochotę na ich wykonanie, to odsyłam Was do <TEGO> wpisu. Znajdziecie tam tutorial, jak krok po kroku je wykonać. 


Koniecznie dajcie znać, czy pomysł się Wam lub ukochanym spodobał i co w ogóle myślićie o takich prezentach.


  Słodki i świeży nektar zamknięty w złotym flakonie. Bardzo kobiecy i subtelny zapach, który pieści zmysły i jest dopełnieniem wieczornej kreacji. Czy można być zadowolonym z perfumy zakupionej w sieciówce?


Jeżeli chodzi o perfumy, wody toaletowe i inne tego typu produkty, to niestety od jakiegoś czasu mam z nimi problem. Odkąd rzuciłam palenie mój węch bardzo się wyostrzył i często odrobina perfumy na moim ciele mnie irytuje i dusi. Po czasie zaczyna boleć mnie głowa i mam  mdłości. Jeżeli już spryskuje się czymś, to tylko pod biustem lub na ubranie. 


Ta perfuma z sieci Next bardzo spodobała mi się i nie powoduje żadnego uczulenia. Oczywiście nie próbuję nawet używać jej w okolicy szyi. Mimo to zapach cały wieczór utrzymuje się na skórze. To połączenie kwiatowych nut z wanilią. Pojawia się tu też amber, grapefruit i mandarynka. Nie za słodko, nie za mdło. Idealny zapach na wieczór.


Lubię delikatną i minimalistyczną biżuterię, dlatego drobny łańcuszek i pierścionek wystarczą. Często na Pinterest i Etsy przeglądam biżuterię i szukam inspiracji. Oczywiście mam też w swojej kolekcji duże naszyjniki, które uwielbiam, ale noszę tylko czasami. Znacie te portale? Lubicie oglądać tam zdjęcia?


Czerwień bez wątpienia jest klasyczna i ponadczasowa, ale czasami mam ochotę na nieco inny odcień na paznokciach i ustach. Piękna, głęboka fuksja też może być elegancka. szminka to Sally Hansen Color Comfort Pink Blossom 1030-07 Rose fleur. Zgaszony, lecz głęboki kolor zblakłej czerwieni z odrobiną różu. Lakier do paznokci marki Revlon, które bardzo lubię za trwałość, to 570 Vintage. Piękna intensywna fuksja z głębokim odcieniem. Mając nim pomalowane paznokcie dostaję bardzo dużo komplementów. Nie wiem dlaczego do tej pory nie pojawiła się o nim wzmianka na blogu. Muszę to koniecznie nadrobić. 


***


Ciekawa jestem jakie są Wasze ulubione wieczorowe zapachy. Macie swoich ulubieńców? Może znacie ten zapach? Jaki kolor na paznokciach gości u Was najczęściej? Koniecznie napiszcie.